niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział drugi.

Wreszcie przyjechała karetka. Wpakowali mnie do niej i pojechaliśmy do szpitala. Cały czas był przy mnie Matt. Teraz pojechał do domu, aczkolwiek powiedział, że przyjedzie. Na miejscu zrobili mi różne badania. Noga okazała się złamana. Myślałam, że wszystko jest okej, ale lekarz stwierdził, że coś go niepokoi i mam poczekać na wynik jeszcze jednych badań. Mężczyzna wrócił po dwudziestu minutach z wynikiem.
Siedziałam jak wryta, tym co przed chwilą usłyszałam. Zaprowadzili mnie na salę, na którą zaraz wparadował zdenerwowany Artur.
-Co się stało?
-Mam raka –powiedziałam ze łzami w oczach.
-Jak…jak to?
-Normalnie…wykryli u mnie jakiegoś guza na żołądku i okazało się, że to nowotwór.
-Ale co teraz?
-Zostaję tu.
-Tu? W Ameryce?
-Tak. Póki co lekarz zalecił mi abym tu została. To tylko przez pierwszy etap leczenia. Później mogę wrócić do Polski.
-Boże…-usiadł obok mnie na łóżku.
-Życie jest okrutne, teraz muszę żyć z tą świadomością, że za jakiś czas pójdę w piach.
-Nie mów tak! Musisz walczyć.
-Nie ma sensu, nowotwór to choroba wykańczająca do końca.
-Lekarz nie powiedział ci czy to nowotwór łagodny czy złośliwy?
-Nie, chociaż to zmienia całkowicie postać rzeczy.
-Zapytać go?
-Poszedł już i będzie jutro przed południem.
-Przynieść ci coś?
-A mógłbyś?
-Jasne!
Wytłumaczyłam mu co ma mi przynieść i gdzie to znajdzie.
Potem wyszedł, a ja zostałam sama gryząc się z myślami.
Lecz po chwili na salę wszedł kolejny gość.
-I co z nogą?
-Złamana.
-Wychodzi pani dzisiaj?
-Nie.
-Zostawili cię na obserwację?
-Tak.
-Okej, to ja będę lecieć. Dowidzenia. 
-Dowidzenia.
Chłopak wyszedł.
Nie chciałam mu mówić o moich problemach, bo po co?
Szczerze mówiąc to na samym początku go skreśliłam.
Wiem jaki jest. Najpierw dziwnym trafem spotyka dziewczynę. Potem rozkochują w sobie. Są tacy kochani i uroczy, do czasu gdy wykorzystują kobietę i na koniec zostawiają. Już nie raz dałam się na takie coś zrobić i powiedziałam sobie, że więcej takiego błędu nie popełnię.
*Jutro*

Obudziłam się wcześnie, bo już o siódmej. Pielęgniarka przyniosła mi leki i śniadanie. Następnie poszłam do łazienki się odświeżyć. Tam przebrałam się.

Potem wróciłam do pokoju.
Tam zastałam coś czego nikt się chyba nie spodziewał. Na stoliku czekał na mnie ogromny bukiet kwiatów i…dwóch panów.
-Co wy tutaj robicie?
-Przyszliśmy do ciebie –oznajmił jeden z nich.
-Ten bukiet to…?
-Jest dla ciebie.
-Z jakiej okazji?
-Na przeprosiny, za ten wczorajszy incydent.
-Dzięki –wydusiłam.
-Nie przedstawiłem się wczoraj, jestem Matthew, a to –wskazał na chłopaka –Aaron.
-Cilla.
-Ładnie, szwedka?
-Otóż to.
-Wychodzisz dzisiaj?
-Dzisiaj? Nie.
-Potrzebujesz czegoś?
-Nie.
-To my będziemy lecieć na trening. Cześć –powiedział Matt.
-Cześć.
Wyszli.
Jeszcze ich mi tutaj brakowało. Nie mam ochoty nikogo oglądać, a co dopiero ich.
Pozostała jeszcze jedna kwestia. Moja praca. Będę musiała to załatwić z szefem. Jakoś się z nim dogadam.
*dwa tygodnie później*

Jestem już w Polsce. Leczenia przebiega pomyślnie. Wszystko jest dobrze, cieszę się najbardziej z faktu, że jak na razie uniknęłam chemii i, że mam szanse na dalsze życie. Teraz czekają nas dwa mecze w Krakowie, a później najprawdopodobniej Rio!
Teraz zaczęłam się przygotowywać na mecz. Pomalowałam się, włosy rozpuściłam i ubrałam.

Stwierdziłam, że aby uniknąć korków muszę wcześniej wyjechać. Tak też zrobiłam.
Moja intuicja mnie nie zmyliła i nie stałam długo na światłach.
Weszłam na salę, na którą zaczynały powoli znosić tłumy.
Ja zasiadłam na moim miejscu, które załatwił mi wujek.
Do rozpoczęcia zostało mi jeszcze trochę czasu.
Oglądałam jak trenują Amerykanie, bo to akurat ich miałam przed sobą.
Musiałam przyznać, że niezłe z nich śmieszki.
Zauważył mnie Aaron. Pomachał, ale ja udałam, że nie zauważyłam.
Starałam się przestrzegać tego zakazu jakiegokolwiek kontaktu z nim. Nadal nie wiem dlaczego karzą mi go unikać, ale jakoś nie specjalnie mnie to obchodzi. Ostatni raz rozmawiałam z nim w szpitalu, a o tym, że mam raka to nie wiedzą nadal. Mało osób o tym wie. I dobrze, nie chcę aby wszyscy o tym plotkowali.
*Po meczu*

Tym razem po długiej i męczącej walce, Polsce udało się pokonać Amerykanów. Kiedy wychodziłam ktoś chwycił mnie za rękę.
-Tym razem mi nie uciekniesz księżniczko –usłyszałam jego głos.
-Puść mnie! –powiedziałam oburzona.
-Dasz się zaprosić na jakiś spacer?
-Nie?
-Dlaczego?
-Bo nie.
-No proszę cię, chodź.
-Rozumiesz znaczenie słowa ”nie”?
-Nie daj się prosić.
-Okej, ale jeżeli usłyszę twoje durne teksty to ulotnię się szybciej…
-Obiecuję, z ręką na sercu –przerwał mi –że ich ode mnie nie usłyszysz.
-Dobra, to leć się przebierać, a ja czekam przed wejściem.
On poszedł do szatni, a ja do wyjścia.
Ogólnie to miałam ochotę sobie pójść, ale nie chciałam być aż taka chamska. Zdziwiłam się, że on tak ryzykuje, bo jednak po meczu ma obowiązek wraz z drużyną wrócić do hotelu, a jeżeli trener się dowie, że mu się spacerków zachciało, to może być nieciekawie. Ale to już jego problem i może na przyszłość będzie miał nauczkę. Nie czekałam na niego długo.
-Jesteś –zdziwił się.
-No, chyba mieliśmy iść na spacer, nie?
-Szczerze to myślałem, że uciekniesz.
-Miałam taki zamiar, ale stwierdziłam, że nie zrobię tego.
-Jednak nie jesteś taką zołzą.
-Idziemy czy będziemy tu sterczeć?
-Idziemy.
Poszliśmy w stronę miasta. Ja znałam Kraków jak własną kieszeń, bo gdyby nie było spędziłam tu pięć lat, kiedy studiowałam.
-Muszę się o to zapytać –powiedział Aaron.
-No?
-Unikasz nas, prawda?
-Nie.
-Widzę przecież!
-Może trochę…słyszałam dużo złego szczególnie o tobie.
-O mnie?
-Ta.
-Ale chyba w to nie wierzysz?
-Możemy znaleźć sobie inny temat? –zapytałam lekko zakłopotana.
-Yhym.
Jakoś dziwnym sposobem rozmowa zaczęła się później kleić, opowiedział mi trochę o sobie. Pośmialiśmy się i spacer zdecydowanie się nam udał. Nie wiem dlaczego wszyscy mnie przed nim ostrzegali, przecież to naprawdę spoko chłopak.
Potem kulturalnie odprowadził mnie do hotelu.
-Dzięki za spacer –powiedziałam.
-Ja dziękuję, że dałaś się na niego wyciągnąć.
Posłałam mu uśmiech.
-Nie widziałem twojego ślicznego uśmiechu od tego zajścia w kawiarni.
-O masakra –zaśmiałam się.
-To kiedy powtórka?
-No nie wiem, zobaczymy.
-Ja lecę, bo trener jak się dowie to mi głowę urwie.
-Okej, to hej –przytuliłam go.
-Cześć –powiedział zadowolony.
Odwróciłam się i odeszłam.
Wróciłam do pokoju. Potem wzięłam prysznic i przebrałam się w piżamę.

Położyłam się do łóżka i słuchając piosenek zasnęłam.






Heja! Na rozdział drugi musieliście trochę poczekać, ale mam nadzieję, że było warto :) Sprawy się skomplikowały co do zdrowia naszej bohaterki. Poznała też kogoś nowego ;) Co do następnego rozdziału to powinien pojawić się we wrześniu, bo teraz szkoła się zacznie i to po prostu jedna wielka masakra! Także do następnego ;3 
Buziaczki, Weronika :* 

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział pierwszy.

-Skoro masz coś do mnie, to dlaczego nie powiesz mi tego prosto w twarz?! –wybuchłam oburzona.
-Źle to odbierasz! –próbował się tłumaczyć.
-Ja to źle odbieram?! Najpierw zastanów się, a potem mów! Nie na odwrót! –kończąc to zdanie odwróciłam się na pięcie i odeszłam.
Artur złapał mnie za rękę.
-Przepraszam.
-Dobrze wiesz jak reaguję na takie rzeczy! –powiedziałam ze łzami w oczach.
-Wiem, przepraszam –przytulił mnie do siebie.

-Okej? -zapytał.
-Okej – skinęłam twierdząco głową.
Otarłam łzy i poszłam do łazienki poprawić makijaż.
Znowu to samo. To wszystko wraca do mnie. Ten ból. Jest ciężko.
-Cilla, już? –usłyszałam męski głos zza drzwi.
-Tak, już wychodzę –powiedziałam moim łamanym polskim.
***

Wpakowaliśmy się właśnie do autobusu i jedziemy na trening. Wujek pierwszy raz zabrał mnie do USA. Od zawsze tu chciałam przyjechać.
Po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Weszliśmy na halę. Ja oczywiście trzymałam się wujka, Artur dzisiaj się nie popisał i nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Kiedy wchodziliśmy na boisko, swój trening kończyła właśnie drużyna z USA. Widząc jak kilku z nich zerka na mnie co jakiś czas, na moich ustach pojawiał się uśmiech. Bawiło mnie to po prostu. Kiedy w końcu zeszli z boiska mogliśmy zacząć trening.
*Dwie godziny później*

-Nadal jesteś na mnie zła? –zapytał prosto z mostu Szalpuk.
-Tak.
-Przeprosiłem przecież!
-Myślisz, że zwykłe „przepraszam” wystarczy?!
-Ile razy mam cię przepraszać?!
-Aż do skutku! Jeszcze to twoje głupie wypominanie!
-Co mam zrobić żebyś mi wybaczyła?
-Nie wiem. Teraz to najlepiej zejdź mi z oczu!
Jak powiedziałam tak zrobił. Wyszedł trzaskając drzwiami.
Za dużo tego na dziś. Trzeba pójść spać i odpocząć.
Zmyłam makijaż, przebrałam w piżamę i walnęłam na łóżko.
*Rano*

Obudziłam się około godziny ósmej. Wstałam, zjadłam coś i poszłam do łazienki, a tam umyłam się, umalowałam i ubrałam.

Następnie wyszłam z pokoju i postanowiłam pójść na miasto.
Potrzebowałam dziennej dawki kawy, więc postanowiłam udać się do najbliższej kawiarni.
Ze względu na wczesną porę zastałam tam tylko dwóch mężczyzn. Podeszłam do lady i złożyłam zamówienie, które otrzymałam po dziesięciu minutach. Odwróciłam się i BUM! Wylałam kawę na jakiegoś faceta…
-Matko! Przepraszam pana! –wykrzyczałam.
-Nic nie szkodzi –uśmiechnął się.
-To zdecydowanie nie jest mój dzień…
-Nic się przecież nie stało! Może odkupić ci kawę?
-Och…przecież to moja wina, a ty chcesz mi jeszcze kawę odkupywać…
-Oj tam, plamę się spierze! To co? Kolejna latte?
Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Może dosiądziesz się? –zapytał wskazując palcem na stolik.
-Przepraszam, ale muszę uciekać. Jeszcze raz dziękuję i przepraszam.
Powiedziałam i wyszłam.
Wróciłam do hotelu. Na samym wejściu spotkałam Artura.
-Czekaj, czekaj –chwycił mnie za rękę.
-Co chcesz?
-Nadal jesteś na mnie zła?
-Tak.
-Ale…
-Żartowałam. Ale jeszcze raz takie coś, a urwę ci głowę!
-Dobrze, dobrze…

Po rozmowie wróciłam do pokoju i posprzątałam trochę i zaczęłam zbierać, bo jedziemy zaraz na trening. 
***
Podjechaliśmy autobusem na miejsce. Wysiedliśmy i migiem na halę. Kiedy my wchodziliśmy, obiekt akurat opuszczali Amerykanie. Zdziwiłam się gdy zobaczyłam chłopaka, na którego wylałam dzisiaj kawę! Wiedziałam, że gdzieś wcześniej go widziałam! Niestety nie mogłam sobie przypomnieć gdzie...chłopka uśmiechnął się do mnie, a ja najzwyczajniej go minęłam. To był zwykły przypadek, nie wiem czy on liczył na coś innego. No nic.
-Co on się do ciebie tak szczerzył? -rzucił Artur. 
-Wróć i się go zapytaj. 
-Mam to serio zrobić? 
-Nie...wylałam dzisiaj na niego kawę. 
Chłopak zaczął się śmiać. 
-Szalpuk! -pacnęłam go ręką. 
-No co? 
-To nie jest śmieszne! 
-A właśnie, że jest! 
Pokręciłam tylko głową. 
*Po treningu* 
-Cilla, możemy pogadać? -zapytał mój wujek. 
-Tak. 
-Mam do ciebie prośbę, uważaj na tego Aarona, a najlepiej nie zadawaj się z nim. 
-Nie rozumiem, przecież ja go nawet nie znam. Wujku, skąd masz takie informacje? 
-Ja? Ten...
-Artur się wygadał, prawda? 
-Tak. 
-A to pierdoła! -rzekłam i odeszłam od niego. 
Pobiegłam go poszukać. 
Zapukałam do drzwi jego pokoju. Otworzył mi po chwili. 
-Czy ty nie umiesz trzymać języka za zębami?! 
-O co ci chodzi? 
-Po co gadasz mojemu wujkowi o Aaronie?! 
-Bo martwię się o ciebie! 
-Ja go nawet nie znam! 
-Więc po co ta cała afera? 
-Nie lubię jak ktoś wtrąca się w moje sprawy! 
-Błagam cię, możemy się już nie kłócić? Coraz częściej się sprzeczamy.
-Wiem...przepraszam, rozumiem, że chciałeś zrobić to dla mojego dobra. Jednego nie rozumiem. 
-Czego? 
-Dlaczego mam się z nim nie zadawać? 
-To nie jest chłopak dla ciebie. 
-Dlaczego? 
-Bo nie. 
-Dobra, niech ci będzie. Idę szykować się na mecz. 
W pokoju poprawiłam lekko makijaż i przebrałam:

*Po meczu* 
Wygrali Amerykanie wynikiem trzy do zera. Kiedy kibice się już prawie rozeszli, musieliśmy jeszcze chwilę zostać. Kiedy stałam i rozmawiałam z Karolem i Andrzejem wpadł na mnie jakiś mężczyzna i lekko mówiąc staranował mnie...
-Przepraszam panią najmocniej! 
-Ruszasz się to ty jak słoń w stanie porcelany...Halo, może ktoś mi pomoże wstać? 
Wysoki, przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna. Tak, to Matthew Anderson. 
-Ał! -krzyknęłam gdy mnie podnosił. 
-Co się stało? 
-Noga mnie strasznie boli. 
-Może zawieźć cię na pogotowie? 
-Dobrze by było. 
-Mamy tylko problem...
-Mianowicie? 
-Nie mam tu auta. 
-To zadzwoń może na pogotowie? Przyjadą karetką...
W telefonie wybił numer. Wyjaśnił wszystko, a funkcjonariusze powiedzieli, że trzeba poczekać do pół godziny. No dobra. 
Nie przypuszczałam, że wszystko skończy się zupełnie inaczej niż myślałam...







Hej! Powitałam Was z rozdziałem pierwszym. Miał pojawić się wczoraj, ale plany się nieco zmieniły i jest dzisiaj :D Mam nadzieję, że spodobał się Wam :) 
Buziole, Weronika :*  
                                                                                                                                        

niedziela, 23 sierpnia 2015

Prolog.

Życie. Dla jednych dar, dla innych wręcz przeciwnie. Tak naprawdę, to sami nie wiemy czego konkretnie od niego oczekujemy. Żeby być szczęśliwym? Bogatym? Znaleźć swoją jedyną miłość? A może jeszcze coś innego? Wiem jedno, pytań jest milion, a odpowiedzi zero. Ludzie chcąc dążyć do perfekcji zapominają o jednym-nikt nie jest idealny. Świat jest kolorowy, a po środku niego szara ja. Tak, ja…osierocona szwedka. Moi rodzice zginęli w pożarze, chcąc uratować mnie. Nadal nie mogę sobie tego wybaczyć. Codziennie kiedy zasypiam mam ten okropny widok przed oczami. Mała, spanikowana i kompletnie bezradna dziewczynka stojąca przed ogromnym budynkiem, który stał cały w płomieniach. To wszystko działo się tak szybko. Kilka chwil i było po wszystkim. Potem zabrali mnie do szpitala. Badania i opatrzenie oparzeń. Kiedy było po wszystkim lekarze nie wiedzieli co ze mną zrobić, więc zadzwonili do najbliższego domu dziecka. Tam spędziłam swoje dzieciństwo. Zawsze byłam inna od innych dzieciaków. Spokojna, opanowana, cicha i kreatywna. Za te cechy chyba lubiły mnie wychowawczynie ze sierocińca. A co słychać teraz u mnie? Mieszkam w Polsce. W zasadzie wszystko ułożyło się dzięki mojemu wujkowi. On zawsze mi pomaga. Niewiarygodne jak jedna osoba potrafi zmienić nasze życie. Tak właśnie było z wujkiem Stephanem. Wszystko zaczęło się od tego paskudnego wypadku, do którego nie chcę wracać. Powiem tyle, że sprawca tego strasznie mnie zranił i zrobił dziurę w psychice na całe życie. Aczkolwiek wiem, że zapłacił za to surowo. Wujka Antigę poznałam całkiem przypadkiem. Spotkałam go i jego podopiecznych na siłowni. Ja wychodziłam akurat z sali fitness. Niezaprzeczalnie najlepiej dogaduję się z Arturem. Mimo iż między nami jest różnica wieku, to on jest osobą, której ufam. I wszystko zaczyna się od tego…




Witam Was wraz z króciutkim prologiem :) Rozdział pierwszy powinien pojawić się jutro ;) Mam nadzieję, że spodobał Wam się i zostaniecie ze mną na dłużej :) 
Buziaczki, Weronika :* 

sobota, 22 sierpnia 2015

Bohaterowie.

                          Cilla Stevans. Lat 25. Urodzona w Szwecji. Siostrzenica Stephane'a Antigi.





Matthew Anderson. Lat 28. Siatkarz z USA grający na pozycji atakującego.




Stephane Antiga. Lat 39.Trener reprez
entacji Polski w piłce siatkowej .Wujek Cilli.





Aaron Russell. Lat 22.Siatkarz z USA grający na pozycji przyjmującego .Zakochany po uszy. 


Po za tym:

Reprezentacja USA w piłce siatkowej.



Reprezentacja Polski w piłce siatkowej. 










Cześć! Witam Was na moim pierwszym blogu :) Jak widzicie pisać tu będę opowiadanie o siatkówce :D Głównych bohaterów już znacie, a prolog powinien pojawić się jutro, lub jak dobrze pójdzie - to jeszcze dzisiaj! 
PS. Przepraszam za jakiekolwiek błędy.